Coś mi ten wordpress nie podszedł. Robię restart, może się uda na innej platformie🙂

 

zapraszam: http://goralkawstolicy.blogspot.com

Wróciliśmy na święta Wielkanocne. Już drugi raz kiedy tu przybywam czuję wzruszenie (!). Nigdy, przenigdy nie sądziłam że miejsca mogą zaczarować. A już tym bardziej moje Górskie Miasteczko. A jednak, będąc tutaj uświadamiam sobie jak życie w Stolicy jednak nie jest dla mnie. Bo ani nie imprezuję, ani się nie ukulturalniam (no, nie licząc Parzenicy i Wydziału;)) i tak na dobrą sprawę mogłabym częściej brać udział w życiu kulturalnym miasta gdyby mnie tam nie było…

Nie piszę. Wiem o tym. Ale nie rozumiem czy dlatego że czasami pewne tematy są za trudne albo dlatego że są po prostu zbyt banalne. Jeszcze tego nie rozszyfrowałam.

Natomiast chciałam się pochwalić że zaczęłam… własną terapię. Tak! I jest to niesamowite doświadczenie, czasami trochę rozwalające emocjonalnie, ale ogólnie jestem zachwycona. No nic, wracam do mojej babki świątecznej…

Jestem na wyjeździe z „Parzenicą”. Jest niesamowita atmosfera, dostajemy totalny wycisk (w sumie około 8 godzin treningu każdego dnia do soboty:) Może warto wspomnieć tu o jednej kwestii – dostałam się do zespołu bo dobrze śpiewam. Ale to jest zespół pieśni i TAŃCA, co do którego moje umiejętności są bardzo wątpliwe.

I tutaj zaczyna się właśnie ta moja życiowa rozkmina. Otóż… wyznaję że żałuję, że nie odkryłam wcześniej tańca, bo… to niesamowita aktywność ruchowa. Wiem, gadam takim językiem, ale nie wiem jak inaczej to określić. Byłam wychowana w rodzinie, która do kultury wyższej (taniec, muzyka) miała konkretny stosunek – to zajęcie bez przyszłości. Moja mama, choć całkiem nieźle lepiła z gliny (widziałam rzeźby) jako nastolatka, bardzo szybko została przygaszona przez moich dziadków, którzy uznali że to zawód bez przyszłości (bycie artystą czy czymś takim). Poszła na medycynę i jest dzisiaj lekarzem – sama jest przekonana, że cieszy się z tej decyzji.

Zostałam zapisana do szkoły muzycznej tylko i wyłącznie dlatego, żebym nie miała za dużo wolnego czasu po szkole w podstawówce (kończyliśmy o 11.30), więc gdy po jakimś czasie nauki gry na fortepianie (skończyłam pierwszy stopień i zaczęłam drugi) zdecydowałam się pójść do szkoły rozrywkowego śpiewu solowego, rodzice niechętnie opłacali te zajęcia…

Zawsze byłam physically challenged  i ciężko mi przychodziło radzenie sobie z ruchowymi rzeczami. Teraz, gdy w Parzenicy jestem już pół roku, widzę postępy (ha ha) – dalej jestem na szarym końcu hierarchii, tu są przecież ludzie, którzy tańczyli od piątego roku życia.

Taniec, co on mi właściwie daje? Świadomość swojego ciała, gdzie się kończy gdzie zaczyna. Przestałam czuć się szeroka (?), nie wiem jak to opisać, ale w mojej głowie czułam się bardzo niezgrabna, bez jakiejś takiej gracji. Wiadomo, tańczę pokracznie bo jeszcze nie jest to nawet poziom podstawowy, ale zmierzam do tego, że trochę tańca przed lustrem dało mi tak niesamowite doświadczenie mojego ciała w ruchu, taniec z różnymi partnerami też jest fajną sprawą, bo lubię być blisko innych ludzi, kontakt fizyczny z nimi (ale to nie jest erotyczne,, lubię radość jaką daje wspólne wykonywanie różnych układów (skocznych oczywiście, bo polskich:)).

I… (tu druga rozkmina)

Chciałabym tę radość dzielić z Lubym. Tylko że on mówi mi że nie chce. Ogólnie mało potrzebuje ludzi do szczęścia, więcej radości czerpie z obcowania z naturą. Teraz, gdy pracuje nie ma żadnych innych zajęć po pracy więc siada przed kompem do wieczora (o ile nie robimy czegoś razem; rzecz jasna, gdybym zaproponowała spacer odłoży kompa bez żalu), ale chciałabym żeby miał jakiś swój świat ludzi poza pracą i mną. Czuję się tak odpowiedzialna za jego dobrostan psychiczny, że nie wiem czy potrafię sobie z tym poradzić. Bo chciałabym żeby się realizował – wiele lat grał w kosza, był w tym lepszy czy gorszy, ale teraz nie umiem go namówić, żeby się dopisał do jakiejś grupy. Mam nadzieję, że to przejściowe i będzie chciał coś robić, bo chciałabym, bardzo bym chciała, żeby nasze życie było… o czymś, ja jakiś temat. Przeraża mnie myśl, że moglibyśmy być parą, która wraca z pracy, siada przed czymkolwiek i traci życie i że uczy tego dzieci. Wiem, stosuję teraz czarnowidztwo, ale czasem trzeba…

Nie mam już czasu pisać więcej, kończę wiec smutnym tonem, ale jestem w fantastycznym nastroju🙂

 

Mam taki problem, że gdy zafascynuję się jakimś tematem, lub co gorsza mam wiedzę na jakiś temat… Zaczynam udzielać rad innym. Ale już nie będę więcej. To jest zupełnie bez sensu. Wyobraźcie sobie taką rozmowę:

– Hej, kurcze, wiesz że Ziemia jest okrągła? Niesamowite prawda?

– Ta, i pewnie jeszcze kręci się wokół Słońca. Ha ha ha!

Tak mniej więcej się czułam, gdy opowiedziałam mężowi kuzynki o tej fenomenalnej zdolności nowonarodzonego:

Dla mnie to fakt naukowy – dzieciak zaraz po urodzeniu jest już gotowy do funkcjonowania w świecie społecznym, do interakcji – później do wymiany gestów, wreszcie rozmowy. To co pokazane jest na tym filmie to przedsionek do tych umiejętności. Dlatego depresja opiekuna jest tak niebezpieczna dla dziecka (niereagująca twarz bez mimiki – dziecko nie ma jak uczyć się wzajemności w komunikacji – ty wyciągasz język, ja wyciągam).

Opowiadam o tym mężowi kuzynki, na co on do mnie: Taa, a szwagierka to czytała o takich kursach w Internecie, że dziecko zaraz po urodzeniu może samo trzymać łyżkę! (śmiech)

Wiem, na siłę chcę ludzi uszczęśliwiać. Ale to chyba o to chodzi, że życie jest sumą sukcesów i porażek. Mam nadzieję, że będę umiała się powstrzymać, bo jestem odbierana zdecydowanie inaczej niż brzmią moje intencje…

Po prostu wyniosła rzeczy i wyszła. Nawet nie powiedziała do widzenia. Wcześniej zostawiła poplute lustro w łazience (tak, takie spływające harnięcie). Karo powiedziała, że gdy ktoś pluje w lustro, to tak naprawdę pluje sobie w twarz. Cóż…

Po 4 latach studiowania, po 16 latach edukacji doszłam do tego jak uczyć się skutecznie. Rozwiązanie okazało się tak banalne i tak oczywiste że aż wstyd się przyznawać że nie wpadłam na nie wcześniej. Otóż: uczyć się poza domem.

Jak na razie wypróbowałam tylko czytelnię wydziałową i bibliotekę uczelnianą. Efekty? Fantastyczne!

a) jestem w stanie się skupić, bo

– nie muszę nic posprzątać

– nie muszę nic ugotować

– nie muszę zrobić nic, co wymaga natychmiastowego działania (jak na przykład ułożyć książki zgodnie z wysokością w półce czy „pomalować ścian” albo uporządkować materiałów do nauki)

b) jestem w stanie cokolwiek przeczytać, bo

– nie mam przy sobie kompa

– nie mam przy sobie książek poza materiałami do nauki

– nie mam przy sobie telefonu (no dobra mam, ale trzeba wyjść z czytelni żeby rozmawiać)

No i w zasadzie to wszystko. Oprócz tego robię sobie notatki z tytułem zagadnienia i podpunktami. Cóż, niestety nie mam tak silnej woli by w domu powstrzymać się od dystraktorów, ale w czytelni… zupełnie inna sprawa😀

Wkrótce Izaura się wyprowadza… Ciekawa jestem jak zakończymy to nasze pomieszkiwanie😉

Ta piękna piosenka zainspirowała mnie do podzielenia się naszymi najświeższymi „przygodami”.

Wprowadziłam się z mężem do mieszkania. Ponieważ ceny mieszkań do wynajęcia są obłędne, dzielimy mieszkanie z dwoma współlokatorkami. Jedna to właścicielka. Z drugą, nazwijmy ją Izaurą (he he) mamy przygody. To nie tak, żeby mi zależało na przyjaźni ze współlokatorami, ważne żeby dało się dobrze razem żyć na co dzień. Może kilka słów o Izaurze. Dziewczyna urodziwa, porównałabym ją wręcz do takiego typu słowiańskiej Marylin Monroe skrzyżowanej z Moniką Olejnik. Urocza. Otwarcie mówi o sobie i swoich spostrzeżeniach na temat świata. I o sobie.

W pierwszym tygodniu wspólnego mieszkania razem, spieszyliśmy się z Lubym do wyjścia, a ja zostawiłam (przypadkowo!!!) pewien niehigieniczny przedmiot opakowany w łazience (ale opakowany higienicznie ;)). Po powrocie na drzwiach zastałam karteczkę na drzwiach, z uśmiechem wzięłam ją do ręki i… zrzedła mi mina: „Kurwa mać!” – „ja rozumiem że zostawiacie syf w kuchni, ale brudne podpaski to już przesada! Izaura”. Najpierw mnie wmurowało. Poleciałam zaraz usunąć ten wstydliwy przedmiot z łazienki i wrzuciłam go do kosza. Myślałam że zapadnę się ze wstydu, że ucieknę, że zerwiemy umowę. No totalne upokorzenie. Poleciałam więc przeprosić moją nową współlokatorkę i przez drzwi rzekłam tylko „Przepraszam” bardzo usłużnym i błagalnym tonem oraz burakiem na twarzy (chyba dokładnie takim, jak się czułam), na co usłyszałam – „Spoko, to nie o mnie chodzi, ale Karo się wkurwia jak takie rzeczy się zostawia”. Od tej pory zawsze gdy tylko miałam kobiece dolegliwości, stresowałam się że coś tam zostawiłam (cierpię od dawna na roztrzepanie, którego apogeum miało miejsce właśnie wtedy, na jesień).

Innym razem, Karo (współlokatorka i jednocześnie właścicielka) zwołała nas na naradę w sprawie ustalenia co ze sprzątaniem. Jeszcze wtedy nie rozumiałam, czemu umawiamy się z takim namaszczeniem. Wspólne części nie są duże powierzchniowo, ustaliliśmy więc że każdy pokój sprząta co trzeci weekend, określiliśmy co jest do sprzątania i tyle. Wszyscy potwierdzili i było cacy.

Sprzątaliśmy na zmianę przez dwie tury, czyli jakieś 6 tygodni, do momentu aż…

(jestem w kuchni i coś tam robię; dzień wcześniej pierwszy raz mieliśmy u nas gościa i robiliśmy placki ziemniaczane, spędziliśmy czas w kuchni, na ogół jednak siedzimy w pokoju a ja coś gotuję, ewentualnie Luby, więc kuchnia stoi wolna)

Izaura: Wiesz, chciałam ci powiedzieć że ja nie będę sprzątać kuchni.

Ja: ??

Izaura: Bo to jest bez sensu, nie będę sprzątać czegoś czego nie używam. Od trzech tygodni ledwie robię tu sobie kanapki i herbatę. Poza tym cały czas okupujecie kuchnię i nie ma jak wejść w ogóle żeby coś ugotować.

Ja: (zmieszana, cichym głosem; sytuacje stresowe zawsze sprawiają że mam pustkę w głowie) Ale… jak to? Przecież zawsze co najmniej dwa palniki są wolne jak ja gotuję. Czemu nie mówiłaś na bieżąco że coś ci przeszkadza tylko po takim czasie?

Izaura: No, ale ja jestem mało asertywna i dopiero teraz się zebrałam. Poza tym nie będę szorować piekarnika z którego nie korzystam, prawda? W ogóle odkąd tu mieszkacie pogorszył mi się standard mieszkania tutaj.

Ja: Nikt ci nie każe szorować piekarnika. Wystarczy zetrzeć kurze i podłogę, trzy razy szmatą machnąć. Poza tym umówiliśmy się że będziemy sprzątać na zmianę części wspólne i zgodziłaś się na to. Wtedy mogłaś coś mówić.

Izaura: Ale taka umowa… Sprzątamy części wspólne, tak? Dla mnie kuchnia przestała być częścią wspólną, ja ci pokoju nie sprzątam. No, poza tym syf tu straszny zostawiłaś, w ogóle brudno w tej kuchni jest. (a nazajutrz jest jej sprzątanie)

Ja: Wiesz, ja szoruję wannę, chociaż my z Lubym nie bierzemy kąpieli.

Izaura: To nie mój problem że się nie kąpiesz.

Ja: Oj, rozumiem cię że ci się nie chce. Mnie też się nie chce wielu rzeczy, ale je robię.

Izaura: Nie będziemy tak rozmawiać.

Ja: (serce wali jak bokser w gruchę, adrenalinka odebrała mi w tym miejscu pamięć)

Nie pamiętam zakończenia rozmowy. Ale chyba wyszłam. Rozmowa była prowadzona spokojnym głosem z mojej strony (o niskiej barwie i bez kontaktu wzrokowego, roszczeniowo-pretensjowym ze strony Izaury). No i od tej pory się do siebie nie odzywamy, to znaczy nie ma między nami normalnego kontaktu, nie przebywamy na raz w kuchni jeżeli nie jesteśmy absolutnie zmuszone (a jak dotąd raz była taka sytuacja).

Potem okazało się, że Karo miała problemy już od początku z Izaurą. Za cholerę nie chciała sprzątać. Karo proponowała – ok, to płać mi 50 zł więcej, to będę sprzątać za ciebie. Nic z tego. Nie dokupywała nic wspólnego do mieszkania. A problem polegał na tym, że w pierwszym kontakcie i ogólnie do rozmowy była jak do rany przyłóż, urocza, błyskotliwa… Toteż Karo miała duże opory żeby coś z tym zrobić (no wiadomo, pisały listy, wyznania i takie tam – przez rok posprzątała 4 razy…).

Wreszcie doszło do rozmowy Karo z Izaurą. Z relacji Karo ponoć iskry leciały (w ich późniejszej rozmowie), bo gdy miałyśmy potyczkę w kuchni, Karo spała w swoim pokoju i słyszała co nieco. Izaura zaczęła z grubej rury:

– Co, pewnie Góralka ci się chwaliła naszą rozmową?

– A może ty mi się pochwalisz?

I Izaura przytoczyła naszą rozmowę, pomijając jednak złośliwości wobec mnie. Karo wkurzyła się dosyć mocno i powiedziała tamtej żeby zeszła jej (kurwa) z oczu.

Na początku stycznia Izaura przyszła z ostatnią wpłatą, że wyprowadza się, nawet nie przez sprzątanie ale przez atmosferę. Karo jej na to: „Świetnie się składa, bo ja mam dla ciebie wypowiedzenie. I dostajesz je tylko dlatego że nie sprzątasz”. A w naszej umowie jest taki kruczek o sprzątaniu chyba.

Od tej pory nie rozmawiają, my nie rozmawiamy (poza „cześć”) z Izaurą (no, do Lubego zawsze jest słodkie „cześć”, bo on przecież nie był włączony w konflikt), która wrzuca inteligenckie opisy na FB, gdzie w dwuznaczny sposób obraża właścicielkę. Są jednak tak sformułowane, że nie ma mowy na konfrontację, można zawsze zaprzeczyć że to na inny temat. No i tak ciułamy do końca stycznia… Mam nadzieję że nowa lokator(ka) nie będzie snuć żadnych intryg (a o intrygach Izaury jeszcze pewnie napiszę ;)).